06 stycznia 2022
“You
05 listopada 2021
Pora

Artykuły z tej kategorii

To urocze miasteczko pozostanie, pod wieloma względami, znaczącym punktem na trasie całej mojej podróży. 

Długo przed rozpoczęciem mojego “szlajania” się po świecie, miałam względem mojego samotnego rejsu bardzo głupie życzenie. Błagam bez zrywania się z kotwicy i bez żadnego wpadania na rafy, ani żadnych takich. No najlepiej bez awarii wcale! Jakby magicznie miało mnie to ominąć. Doświadczenia absolutnie wszystkich, którzy robili cokolwiek podobnego przede mną, czy też nawet zwykłych rejsów czarterowych mówią jednak coś zupełnie przeciwnego. Po prostu nie da się uniknąć na dłuższą metę problemów. I no cóż. Przyszło szybciej niż później, bo… już na pierwszym kotwisku.

Niejako uprzedzając całą historię, muszę zaznaczyć, iż poziom endorfin, adrenaliny i ogólnego zadowolenia z życia wzrósł potężnie po całej sytuacji jaka Nas zastała. Po całej akcji stanęłam na pokładzie z wielkim uśmiechem na twarzy, czując się po prostu wspaniale. A pisząc to teraz czuje, że to chyba takie sytuacje budować mogą moją przygodę. Zmieniam perspektywę ze strachu przed problemami i awariami na zaakceptowanie ich. Będą się pojawiać i to jeszcze nie raz. I to one będą mnie rozwijać.

Na tak małej łódce samemu, nigdy nie jest nudno. Co więcej, chciałabym czasem “się ponudzić”. A zaczyna się wydawać, że nuda zaczyna się wkradać do Twojego życia, lub zrobiło się jakoś zbyt dużo czasu i przestrzeni, spodziewaj się że szybciutko coś się wydarzy. 

I tak też było dzisiaj. 

Prognoza była mi znana. Po wspaniałym dniu ciszy, z rana przyjdzie silny wiatr z północy. Kierunek mi bardzo odpowiadający, aby przemieszczać się dalej na południe jednak siła może “troszeczkę“ za duża, może nie warto wychodzi w sumie po raz pierwszy na tak otwarty ocean w silnym wietrze. Zdecydowałam się poczekać, aż się wywieje co według prognozy nie powinno trwać długo i wyjść na noc w kierunku Villa Nova de Milfontes. Akurat byłabym tam z rana, razem z prądem i wysoką wodą da się tam wejść no i będę miała od razu cały dzień na eksplorowanie. 

Obudziłam się, klasycznie bardzo wcześnie, koło godziny 6. To jedna z tych pięknych rzeczy w moim nowym życiu, codziennie budzę się wcześnie, sama z siebie. I nie, nie jest to kwestia słońca, które by mnie wyrwało ze snu.Świat budzi się do życia i ja też, na chwilkę w tym pouczestniczę, nacieszę się widokiem, który chyba nigdy się nie może znudzić, poobserwuje piękno świata i wdycham nutkę ekscytacji, co nas czeka kolejnego dnia…a później zazwyczaj ucinam sobie jeszcze drzemkę.

O świcie było nadzwyczaj spokojnie. Nic nie zapowiadało drastycznej zmiany w pogodzie. Rozkoszowałam się miłym porankiem i zmęczeniem dnia poprzedniego, ot czysta błogość.

Leniwy poranek zaczął toczyć się swoim rytmem, 

Zgodnie z prognozą, po jakimś czasie, zaczęło się rozwiewać. 

Zatraciłam się w pracach porządkowych i serwisowych, aż prawie zapomniałam o kawie, a bez tego przecież dnia nie można oficjalnie uznać za rozpoczęty! 

Przygotowałam kawiarkę i wstawiłam na kuchenkę.

Ta szybko wylądowała na ścianie z całą zawartością co całkiem mnie otrzeźwiło. Kolejne, co raz to silniejsze podmuchy wiatru zaczęły wytrącać mnie z melancholijnego stanu poranku. Łódką zaczęło miotać na prawo i ledwo, krążyła na kotwicy jak głupia. To doświadczenie, które jeszcze nie znałam. Przyzwyczajona jestem do raczej spokojnego stabilnego stania w miejscu jachtu, ewentualnie dumnych obrotów po okręgu. A tutaj? Ta łódka zachowuje się szalona. Mała, lekka, krąży jak spławik przy takim wietrze. 

Muszę się do tego przyzwyczaić, w planach raczej mamy niewiele postojów w marinach, a większość dni i nocy będziemy cumować właśnie tak. Lekko zaspana i przede wszystkim zła na brak kawy i niechętna chwilowo do wylania na ścianę kolejnej. kontynuowałam codzienne zadania. Ciągłe sprzątanie wdało się już w nawyk, stało się rutyną. Na tej przestrzeni naprawdę trzeba o to dbać. Odkurzacz już na stałe zamieszkał pod stolikiem. W praktycznie centralnym miejscu i używam go po każdym przesunięciu rzeczy lub po każdej czynności.

Łódka mimo tańczenia prawo-lewo trzymała się stabilnie, bezpiecznie. Zaczęłam się pakować do zejścia na ląd (no i na kawę!) i wtedy właśnie rozległ się alarm. Z niedowierzaniem parę sekund patrzyłam na telefon z uruchomionym alarmem kotwiczny, przecież no jak, to nie możliwe, miało mi się nic nie przydarzać!  No i co, nagle po tak długim czasie łódka jednak się zerwała, to na pewno błąd GPS, albo może muszę dać troszkę większy zakres przez to tańczenie.

Wychyliłam się na zewnątrz i zobaczyłam małą wiosłówkę na bojce, które do tej pory była za moją rufą…tuż przy burcie. Pokonałam całe te szalone trzy kroki na dziób i zaczęłam ciągnąć zupełnie luźną linę kotwiczną. Kotwica w górze, ciep kotwica w dół. Złapała. No dobra. Śmieszy mnie, że nawet w tym momencie byłam w stanie sięgnąć po telefon i napisać do Olka “hej, właśnie się zerwałam z kotwicy” ;D 

Sekundę później okazało się, że wcale tak dobrze nie jest i wcale sytuacja nie jest zarzegnana i nie będzie tak prosto. Zaczęłam przesuwać się w głąb kotwicowiska. Znowu. Mimo beznadziei sytuacji, ucieszyłam się, że stanęłam przy nawietrznym brzegu zatoki. Pozostawiało mi to całe kotwicowisko zapasu na zdryfowywanie i wymyślenie co zrobić. Zaczęło się robić ciasno, zbliżałam się do wielkiego kutra w całkiem szybkim tempie. Szarpałam się w kotwicą żeby ją podnieść jeszcze raz, ale tutaj coś szło nie do końca tak jak powinno. Jakkolwiek bym się nie zapierała, szło bardzo topornie. Spojrzałam na rufę. No tak, silnik jest na pontonie. Więc nie pomogę sobie nim się uwolnić. No trudno. Wykorzystam to, że troszkę spowolniło moje dryfowanie przez, hm. Nie miałam pojęcia, dziwacznie zahaczoną-niezahaczoną kotwicę, i zeszłam na ponton w te pędy przekładać silnik. Robiłam to już nie raz, ale nigdy bym nie powiedziała, że jest to łatwa czynność. No, ale też zawsze mam czas i spokój przy tej czynności. Nie to co teraz, kiedy silnik ma się znaleźć na pantografie NATYCHMIAST. Siedziałam na pontonie i patrzyłam jak z każdym szkwałem przybliżam się do wielkiego niebieskiego kutra. Szkwały chodziły z różnych kierunków więc w każdej chwili mogło mną rzucić w kierunku któregoś z kutrów na bojkach, w końcu powoli dryfuje centralnie między nimi. 

Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, coś musi pójść nie tak. Silniki zaburtowe mają to do siebie, że podnieść kolumnę można po prostu odciągając ją. Żeby silnik opuścić, trzeba już więcej finezji. Pociągnąć korpus do siebie, i odblokować zapadkę. No właśnie, żeby to zrobić musi być sztywno trzymany w miejscu mocowania z pantografem. A ja zostałam z silnikiem rozkraczonym w kształt litery V na kolanach, za rufą mojej łódki, która dryfuje sobie między kutrami ciągnąć kotwicę. Walka z silnikiem była nierówna. Niestety, nie mieści się podniesiony pod mocowaniem panelu więc żeby nie ma wyboru, trzeba go opuścić. Tak, tak, próbowałam go wcisnąć mimo to :) Aż sama jestem w szoku, że go nie straciłam. Łódką miotało, pontonem za nią jeszcze bardziej a ja wychylałam się z dziobu pontonu z silnikiem po prostu w rękach. 

Wskoczyłam szybko na łódkę, oj z jaką łatwością mi to dzisiaj przychodziło i pobiegłam znowu do kotwicy spróbować ją zarwać, lub jakkolwiek się przytrzymać dna. Udało mi się zebrać całkiem sporo łańcucha i zobaczyłam w końcu w czym jest rzecz. Na kotwicy mam zahaczony ogrom sieci, jak się później okazało, z klatkami na małże włącznie. Wtem zauważam po przeciwnej burcie , jak szybko zbliża się biała rybacka łódka, mniejszych gabarytów niż niebieski kolos, ale to nadal nie do końca pocieszające. Już wcześniej wystawiłam odbijacze na burty, to nie było trudne. Część już tam była, resztę wystarczyło kopnąć, od dawna trzymam je na pokładzie oszczędzając miejsce w środku. Zawsze to coś uratuje przy spotkaniu z którąś z łódek, chociaż modliłam się, żebym przejechała między nimi. Nie udało się. Rufową częścią burty dotknęłam rybaka, jego wystające z burty tyczki zahaczyły o mój reling i poszedł trzask. Łódki szybko przesuwały się wzdłuż siebie, ja rękami próbowałam możliwie gładko przeprowadzić ich spotkanie. Kolejny trzask. Przepraszam! :< Nie powiem, całkiem to się udało. Ja wyszłam bez szkód. Pojawił się gorszy problem. Za mną już tylko bojki i kamienie. Muszę natychmiast stąd się zwinąć. Kotwicę, której nijak nie byłam w stanie podnieść przyknagowałam pod dziobem tyle co się udało. Wskoczyłam na ponton, położyłam silnik stabilnie na podłodze, wbiegłam do kokpitu, w tempie ekspresowym zaczęłam stawiać grota. Okey, fał, pierwszy ref, drugi ref, trzeci, jazda w góre! Hola hola, dobra, nie cały, zbieram drugi ref, nie dbam o porządek w tym momencie, odczepiony ster, topenanta, mamy to. Jeszcze w międzyczasie rzuciłam wytyki foków do kabiny. Leżały sobie radośnie na pokładzie, po tym jak wczoraj Julka i Jasiek zrobil mi full profesjonalne relingi, za co przepięknie bardzo bardzo dziękuje! Uratowaliście mi życie, obym nie musiała jednak sprawdzać ich wytrzymałości. Poprzednie. No cóż. Ich wytrzymałość została poddana próbie, nie przeszła jej jak się można domyślić.

Chwilkę przed całą akcją z kotwicą, zmywałam, więc sztućce, kubki, talerze, wszystko co leżało i suszyło się w kokpicie, rzuciłam bez większego zastanowienia na dół. To była przemyślana decyzja, żeby kupić zastawę z melaminy ;) Można nią rzucać po ścianach.

W ostatniej chwili łódka nabrała prędkości i powoli, dumnie, na grocie pięknie pracującym na drugim refie z kawałem wiszącego bezwiednie płótna poniżej (nie było czasu na ładne refowanie), z kotwicą z sieciami wiszą pod dziobem, przeslalomowałam się między małymi bojkami, tuż przy falochronie, których przeznaczenia w sumie nie znam. W bardzo bliskiej odległości minęliśmy kamienie, falochron, wejście do  Mariny Cascais i w końcu mogłam odetchnąć bo po zawietrznej pozostała tylko otwarta woda. 

Zatrzymałam się na chwilkę i spojrzałam na całą sytuację. No dobra. Muszę oswobodzić kotwicę, od tego zacznijmy.

Mały knypek (jakoś się przyjęło, łódka się nie obraziła ;)) zachował się po prostu perfekcyjnie. W silnym wietrze, płynęła stabilnie, zostawiłam ster i uzbrojona w bosak i nóż skoczyłam na dziób. Tak , przeszło mi przez chwilę przez myśl, żeby zachować sobie pamiątkę z tego balastu :) Po około 10 minutach walki udało się kotwicę oswobodzić i wciągnąć na pokład. Kto by się spodziewał, że mam tyle siły, ja na pewno nie!

Okey, to co dalej. W morze wychodzić nie chce, wracamy na kotwicę. Potrzebuje silnika.Po prostu wskoczyłam bez większego zastanowienia do pontonu, który znajdował się cały czas przy mojej rufie. Spojrzałam przed siebie. Siedzę ZA rufą mojej łódki, która pruje na wietrze ok.30 knt do przodu. I płynie sama. Spróbowałam rozprostować silnik, ale wyraźnie coś nie szło. Przyczepiłam go na nowo do pontonu i wtedy dopiero udało się go przywrócić do normalnej pozycji. Ostrożnie, trzymając go tym razem żeby się już nie rozkraczył przystąpiłam do operacji przekładania go na pantograf…płynącej łódki. Tym razem wszystko poszło jak trzeba. 

Na chwilę przystanęłam i uśmiechnęłam się sama do siebie. Co za widok! Malutka, niesamowicie dzielna Heroine pruje przez fale sama. W tym momencie doszło do mnie jak piękną łódkę zbudowałam. Pełen majestat i elegancja z niej bije. Jest słodka i urocza, jest mała, maleńka. Jest silna, jest dzielna, jest odważna, jest prawdziwym bohaterem, tak z resztą jak się nazywa. Właśnie przeżyłyśmy naszą pierwszą zagraniczną przygodę silno-wiatrową i wyszłyśmy z niej obronną ręką, jak bohaterki, bez cienia paniki aż do samego końca. Dobrze to rokuje na przyszłość kolejny raz! 

Udało się zamontować poprawnie silnik i już na nim wróciłam pod wiatr na swoje miejsce. No troszkę bardziej na otwartą wodę, żeby za rufą tym razem mieć całe nic. 

Otworzyłam cydr i uśmiechnęłam się szeroko. Fajnie jest!

Tego dnia poranną kawę wypiłam dopiero po zachodzie słońca, kiedy zeszłam na brzeg.

No i wypłynęłam następnego dnia rano. Szkoda widoków, szkoda wychodzić pierwszy raz na taki ocean po ciemku. To jeden z wielu moich głupich pomysłów. Dobrze, że mam w zanadrzu swój głos rozsądku, twardo stąpający po ziemi w świecie REALNYM w przeciwieństwie do mojego :) Nazywa się Olek,

 

 

 

 

 

Cascais - kotwica ma niesforna! 

12 lutego 2021

Wspierają mnie:

 

 

Spo​​​​​​​nsorzy:

    

 

Partnerzy: